Turcja południowo-zachodnia - relacja z podróży

lipiec 2022

tekst niebieski: Agnieszka

tekst czarny: Marek

tekst zielony: cytaty


No i płyniemy. Węgry, prom przez Cisę. Nocleg w Rumunii za wsią Stracoș w rejonie Oradei.

2-7 lipca
dojazd do Turcji

Tak, pięć dni to dość długo jak na dojazd do wakacyjnego kraju docelowego. Ale nie spieszyliśmy się. Wybraliśmy trasę bardziej krajoznawczą, przez Rumunię i Bułgarię. Raz, że nasza Delika nie należy do najszybszych pojazdów, więc jazda płatnymi autostradami nie jest dla nas tak pożądana. Dwa, postanowiliśmy ominąć serbskie przejścia graniczne, na których w zeszłym roku spędziliśmy w upale długie godziny. 

Pierwszego dnia ruszamy z domu dopiero wieczorem i nocujemy w Mochnaczce Niżnej w Beskidzie Sądeckim. Kolejnego dnia przejeżdżamy Słowację i Węgry z kilkugodzinnym postojem na basenie w Hajdúszoboszló i wieczorem obozujemy już w Rumunii, kawałek za Oradeą, w tym samym miejscu co dwa lata temu.

Za Petroszanami kierujemy sie w góry, na malowniczą trasę Transalpinę. Pod wieczór zjeżdżamy z drogi na połoniny i przez kilka kilometrów jeździmy offroadowo po górach. Jako że zbiera sie na burzę, zjeżdżamy na nocleg do granicy lasu w obawie przed piorunami na odsłoniętych grzbietach. Wieczorem ognisko. 

Rano opuszczamy góry i jedziemy odwiedzić Bukareszt. 

Przystanek na trasie gdzieś w Rumunii.
Przejeżdżamy malowniczą trasą przez góry Rumunii. Transalpina.
Nocleg w środku gór. Zjechaliśmy z Transalpiny na offroadową trasę połoninami.
Bukareszt. W cerkwi Sfântul Antonie Curtea Veche.
Zwiedzamy Bukareszt. Załapaliśmy się na mini koncert pod filharmonią.
A to już Bułgaria. Późnym wieczorem przekroczyliśmy granicę Giurgiu-Ruse i nocowaliśmy koło skalnych cerkwi w Iwanowie. Po śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie tego kompleksu klasztornego wykutego w skale.
Zwiedzamy skalne cerkwie w Iwanowie.
Najwyraźniej lubimy wracać w te same miejsca. Popołudnie i noc spędziliśmy na tej samej plaży co w zeszłym roku, na południe od Sozopolu.
Żegnamy Morze Czarne i ruszamy na południe.
Nie ma to jak przestronne auto.
Przekraczamy ostatnią granicę.
Tureckie wsie.
Góra Mahya Dagi nie imponuje wysokością.

7 lipca
czwartek

Pobyt w Turcji rozpoczynamy od zdobycia góry Mahya Dagi (1031 m n.p.m.). Szczyt mało imponuje wysokością, za to jest najwyższym szczytem europejskiej części Turcji (góry Stradża) i należy do szczytów Korony Europy. Granicę bułgarsko-turecką przekraczamy dopiero o 16:30. O 18:00 docieramy pod górę. Musieliśmy zajechać od nietypowej strony, bo droga jest bardzo zarośnięta, auto 4x4 ledwo się mieści. Docieramy na wysokość 677 m n.p.m., gdzie teren staje się mało przejezdny. Na tablicy rozdzielczej auta świeci się rezerwa. Nie udało nam się zatankować wcześniej. Jeszcze chwila i zostaniemy bez paliwa. Trzeba zostawić już samochód i iść. Przed nami tylko 370 m przewyższenia. 150 metrów przed szczytem odnajdujemy tablicę informującą o zakazie wstępu... My idziemy jednak wyżej, nie ma wyjścia. Droga robi się brukowana. Na szczyt docieramy o 19:20 całą piątką. Niestety z kamer musieli wypatrzeć nas tureccy wojskowi. Wyszli z bazy, krzycząc na nas, że mamy natychmiast zawracać. Zabronili robić zdjęć, ale jak opuścić szczyt bez fotki? Ryzykuję i w trakcie schodzenia robię szybkie selfie naszej rodzinie. Do samego wierzchołka góry nie udało się dojść ze względu na siatkę i szlabany. Nasza maksymalna wysokość to 1025 m n.p.m. Szybko schodzimy przez las. W drodze powrotnej z góry przypomniałam sobie o oleju rzepakowym, który mamy w bagażniku. Diesel z lat 90-tych poradzi sobie z nim w razie braku paliwa. Od razu robi się raźniej.
Przygodę kończymy szczęśliwie 20 km dalej o 21:00 na stacji paliw, gdzie mili gospodarze częstują nas bułeczkami. Witamy w Turcji :) Godzinę później jesteśmy rozbici namiotem gdzieś na bezdrożach...

Południowe zbocza Mahya Dagi. Idziemy na szczyt.
Pierwsze oznaki bazy wojskowej na szczycie.

8 lipca
piątek

7:20 - pobudka, słońce i ciepło. Jedziemy na południe.
Ruszamy na zakupy. W Pinarhisar kupujemy chleb, warzywa i kartę sim z internetem. W miejscowości Büyükkarıştıran poznajemy Bułgara, który zaprasza nas na herbatę i baklavę. Pyszne:)
Autostradą jedziemy przez cieśninę Dardanele do Çanakkale. Spacer po mieście, zdjęcie z koniem trojańskim w porcie, lody.
Ruiny Troji dwadzieścia killometrów na południe od Çanakkale zwiedzam sama. Troja to wielopoziomowe miasto, odkryte przez Schliemanna, mury obronne, bramy, świątynia Ateny, cytadela, pałac, Bouleuterion.

Zakupy w Pinarhisar.
Koń trojański z filmu "Troja" w Çanakkale.
W Troji.
Nocleg na plaży z wrakiem.

Na nocleg znalazłem spokojną plażę z wrakiem kutra rybackiego. 
Pijemy wino, puszczamy drona, dzieci dobrze się bawią. Jesteśmy sami. Nie ma ludzi ani dużo śmieci. Rano ruszamy z dziećmi na wyprawę do wraku. Aż dziw, że złomiarze nie wzięli się jeszcze za niego. Bardzo klimatyczne miejsce.

Eksplorujemy wrak.
Ruiny miasta Aleksandria Troas (Troada), gdzie Bóg przez Pawła wskrzesił Eutycha. Ruiny dostępne są do zwiedzania za darmo. Kolejka statków płynie w stronę cieśniny Dardanele.

9 lipca
sobota

Po eksploracji wraku, śniadaniu i kąpieli w chłodnym morzu ruszamy dalej. Kilka kilometrów dalej natrafiamy na ruiny starożytnego greckiego miasta, do którego dwukrotnie zawitał Apostoł Paweł podczas swoich podróży. Podczas drugiej wizyty miało miejsce takie zdarzenie: 

... A my odpłynęliśmy z Filippi po Święcie Przaśników i po pięciu dniach przybyliśmy od nich do Troady, gdzie spędziliśmy siedem dni.
W pierwszym dniu po szabacie, kiedy zebraliśmy się na łamanie chleba, Paweł, który nazajutrz zamierzał odjechać, przemawiał do nich i przedłużył mowę aż do północy. Wiele lamp paliło się w górnej sali, gdzie byliśmy zebrani. Pewien młodzieniec, imieniem Eutych, siedział na oknie pogrążony w głębokim śnie. Kiedy Paweł przedłużał przemówienie, zmorzony snem spadł z trzeciego piętra na dół. Podniesiono go martwego. Paweł zeszedł, przypadł do niego i wziął go w ramiona: «Nie trwóżcie się - powiedział - bo on żyje». I wszedł na górę, łamał chleb i spożywał, a mówił jeszcze długo, bo aż do świtania. Potem wyruszył w drogę. A chłopca przyprowadzono żywego ku niemałej radości zebranych. (Dz 20, 6-12)

W czasach rzymskich Troada była ważnym portem handlowym i kulturalnym centrum regionu. Dziś można tu zobaczyć (za darmo) ledwo widoczne pozostałości teatru rzymskiego, akweduktów, łaźni oraz murów miejskich. W pobliżu, w krzakach, znajdują się także ruiny świątyni Ateny.

Jedziemy w stronę Pergamonu. Po południu jemy obiad w Ayvacik - dużo i pysznie. Kebaby, pide, lahmacun, herbatki...
O 18:30 dojeżdżamy na wzgórze w Bergamie, gdzie znajdują się ruiny starożytnego miasta Pergamon. Niestety właśnie zamknęli kasę i nie chcą nam sprzedać biletów, choć otwarte jest jeszcze pół godziny. Okrążamy więc teren i po krótkiej wspinaczce wchodzimy przez dziurę w murze do Pergamonu. Jesteśmy sami. Zwiedzamy. Świątynia, stare mury, teatr, arsenał. Spotykamy dzikiego żółwia. Niestety wypatrzyli nas strażnicy i gwiżdżą na nas. Uciekamy... wychodzimy przez płot, ale strażnik dogania nas na motorze. Tłumaczy, że należało opuścić teren do 19:00. Przyjmujemy pokornie upomnienie i ewakuujemy się szybko do auta. Udało się wszystko zwiedzić.
Niżej w Bergamie zwiedzamy czerwoną bazylikę. Ogromny obiekt z cegły, a wszędzie pełno kotów.
Robi się powoli ciemno. Zaplanowaliśmy nocleg na półwyspie, który okazał się miejscem dla wielkiej rafinerii. Wyjeżdżamy stąd, ale eskortuje nas pojazd  ochrony na sygnale! Ech...
Pięćdziesiąt kilometrów przed Izmirem zatrzymujemy się na bezdrożach i rozkładamy namiot. W oddali widać domy ludzi, a pod namiotem kręci się pies.

W Pergamonie. Ruiny świątyni Trajana.
Czerwona Bazylika. Świątynia zbudowana za cesarza Hadriana dla oddawania czci egipskim bóstwom. Później przemianowana na kościół chrześcijański. Egipskie posągi wciąż stoją. Dziwne.
Naprzeciwko czerwonej bazyliki kwitną lokalne biznesy.
Meczet w Izmirze.
Na mszy św. w Izmirze.

10 lipca
niedziela

Pobudka 6:20.
Dziś wcześnie wstajemy, pakujemy obóz, jemy chlebki z nutellą i ruszamy na mszę świętą do Izmiru. Przyjechaliśmy przed czasem, więc od ósmej spacerujemy po starym mieście. Zwiedzamy dzielnicę bazarową Kemeralti oraz dwa meczety: Kemeralti i Hisar Camii.
Po mszy św. po angielsku w katedrze pw. św. Jana Apostoła jemy obiad i ruszamy na plażę.

Znalazłem fajną plażę na południe od Yagcilar, na którą żeby wjechać należy mieć auto 4x4. Na miejscu zastajemy jednak sporo samochodów. Jest tam piękna zatoczka z błękitną, aczkolwiek zimną wodą. Całe popołudnie i później w nocy wieje bardzo silny wiatr od lądu do morza. Dzieci do wieczora bawią się w kamykach (plaża jest kamienista), a my mamy czas żeby poczytać i odpocząć. Dobra miejscówka, praktycznie nie ma śmieci.

Zjeżdżamy na plażę.
Żwirkowo kamienista plaża.
Widok na zatoczkę.
Jak widać nie jesteśmy sami.
Poranek na plaży.

11 lipca
poniedziałek

7:00 - pobudka
To była głośna i wietrzna noc, obozujący obok Turcy puszczali muzykę do godziny drugiej.

Od rana słońce i ciepło. Po śniadaniu (jajka sadzone) idziemy się kąpać, dopływamy z Nastusią wzdłuż skał na drugą plażę - sukces! Potem wracamy po skałach boso (ała!)
Po obiedzie postanawiamy zmienić plażę. 

Obserwujemy ciekawe zjawisko kulturowe: tłumy Turków przyjeżdżają plażować w ścisku, brudzie i tonach śmieci. 

Opuściwszy półwysep Urla jedziemy wzdłuż morza na południowy wschód. Zjeżdżając do miasteczka Yoncakoy widzimy długą, kilkukilometrową plażę. Plaża jest w miarę oddalona od drogi, jednak tak jak mijane wcześniej małe plaże wzdłuż nadmorskiej trasy, wygląda na zatłoczoną. Postanawiamy to sprawdzić. Gdybym był etnologiem, chyba napisałbym doktorat na temat tego, co się tam dzieje. Przez setki metrów wzdłuż morza, na ubitym piachu, "plażuje" mnóstwo ludzi otoczonych rzucanymi przez siebie śmieciami. 

Po trzech godzinach docieramy w inne miejsce, pełne Turków. Na szczęście dalej, gdzie łatwiej zakopać się w piachu, jest pusto. Zostajemy w miejscu, gdzie rzeka wpada do morza. Ale tu wieje! Myję włosy po dziesięciu dniach.
Dzieci fajnie się bawią. Idziemy na wieczorny spacer daleko wzdłuż pustej plaży. Spotykamy kolorowego węża, chyba jadowitego.
Dostajemy od lokalnych wędkarzy całego arbuza. Będzie uczta!

Morski połów.
Nasza miejscówka o zachodzie Słońca.
Spacerujemy wzdłuż pustej plaży.
Poranek u ujścia rzeki Küçük Menderes. Za chwilę ruszamy do Selçuk.

12 lipca
wtorek

6:20 - pobudka.
Słońce. Ciepło. Wiatr w nocy ucichł. Było spokojnie i bez ludzi. Po jajecznicy ruszamy do Efezu.

Lubię wakacje, zwłaszcza te dłuższe. Muszę wtedy walczyć ze sobą, z moimi nawykami, których nabawiam się przez cały rok. Muszę na nowo wymyślać rutynę, tę wyprawową, dostosowywać się do napotykanych warunków. I to jest ciekawe. Nasze dzieci też muszą walczyć ze swoimi przyzwyczajeniami. Takie wychodzenie ze strefy komfortu. Na przykład nie ma porannej kawy zbożowej z mlekiem. Jest za to gorzka czarna herbata. I wszystkim smakuje.

Ruiny bazyliki św. Jana na wzgórzu Ayasoluk.
Grób świętego Jana. Za świątyni Artemidy nic nie pozostało. Na poskładanej z potrzaskanych kawałków kolumnie rodzina bocianów założyła gniazdo.

Dzień w Selçuku zaczynamy od wzgórza Ayasoluk, gdzie znajduje sie grób Apostoła Jana. Bardzo wcześnie zbudowano tam kaplicę, a za czasów Konstantyna bazylikę przebudowaną przez  cesarza Justyniana w VI wieku. Jej pozostałości dostępne są do zwiedzania. Na szczycie wzgórza są też ruiny twierdzy z odbudowanymi nie tak dawno murami. Twierdza jest bizantyjska, powstała dla obrony wzgórza z bazyliką. Później została przejęta przez zdobywców seldżuckich i osmańskich.

Ze wzgórza Ayasoluk zeszliśmy do położonych tuż obok ruin świątyni Artemidy Efeskiej, kiedyś jednego z siedmiu cudów starożytnego świata. Artemida to ta sama postać co wielokrotnie wzmiankowana w Piśmie Świętym Asztarte, znana też jako Królowa Niebios. Jej kult był bardzo rozpowszechniony. Ludzie oddawali jej cześć na ogromnym obszarze od Mezopotamii (jako Inanna bądź Isztar), aż do Cesarstwa Rzymskiego (jako Diana). Sama zaś świątynia jest wzmiankowana w Dziejach Apostolskich przy okazji opisu wizyty św. Pawła w Efezie:

... Pewien złotnik, imieniem Demetriusz, dawał niemały zarobek rzemieślnikom przy wyrobie srebrnych świątyniek Artemidy. Zebrał ich razem z innymi pracownikami tego rzemiosła i powiedział: «Mężowie, wiecie, że nasz dobrobyt płynie z tego rzemiosła. Widzicie też i słyszycie, że nie tylko w Efezie, ale prawie w całej Azji ten Paweł przekonał i uwiódł wielką liczbę ludzi gadaniem, że ci, którzy są ręką uczynieni, nie są bogami. Grozi niebezpieczeństwo, że nie tylko rzemiosło nasze upadnie, ale i świątynia wielkiej bogini Artemidy będzie za nic miana, a ona sama, której cześć oddaje cała Azja i świat cały, zostanie odarta z majestatu». Gdy to usłyszeli, ogarnął ich gniew i zaczęli krzyczeć: «Wielka Artemida Efeska!» (Dz 19, 24-28)

Ze świątyni Artemidy nie został do naszych czasów kamień na kamieniu. Apostoł Paweł tylko osłabił kult Królowej Niebios w Azji Mniejszej. Być może nie był jeszcze gotowy na decydujące starcie. Nieco później, święty Jan, podczas swojego pierwszego pobytu w Efezie, wykazał się mniejszą pobłażliwością dla demonicznego kultu. W apokryfach (Dzieje Jana pióra Prochora) mamy taki opis zdarzeń:

... I wyprowadził nas ze swego domu i zaprowadził nas do świątyni Artemidy. Rzekł Jan do mężów, którzy nas aresztowali: ,,Mężowie efescy, co to jest za świątynia?" Oni odpowiedzieli mu: ,,To jest świątynia wielkiej Artemidy". Rzekł do nich Jan: ,,Zatrzymajcie się na tym miejscu, bo bardzo się raduję i będę się bardzo radował z powodu tej świątyni". Zatrzymali się więc w owym miejscu i Jan, apostoł Chrystusa wzniósłszy oczy, rzekł: ,,Niech się zawali, Panie Jezu, ta świątynia, ale niech nie zginie w niej żaden człowiek". Natychmiast, na słowa Jana, zawaliła się nieczysta świątynia Artemidy.
I rzekł Jan do szatana mieszkającego na ołtarzu Artemidy: ,,Mówię tobie, szatanie nieczysty, kto jest tym, który mieszka w tej świątyni?" Rzekł szatan z trwogą i drżeniem: ,,Wielka Artemida". Apostoł rzekł do niego: lle lat mieszkałeś w tym miejscu?" Rzekł szatan: ,,Dwieście czterdzieści dziewięć". I rzekł do niego Jan: ,,Czy ty jesteś tym, który żołnierzy pobudził przeciw nam?" Rzekł szatan: ,,Tak". Rzecze do niego Jan: ,,Nakazuję ci w imię Jezusa Chrystusa Nazareńskiego, nie mieszkaj już więcej w tym miejscu". I natychmiast wyszedł nieczysty szatan z miasta Efezu i wszyscy zdumiewali się z tego powodu. (DzJPr 42)

W ruinach Efezu załapaliśmy się na inscenizację z czasów cesarstwa rzymskiego.

Ruiny starożytnego Efezu zaskoczyły nas swoim rozmiarem. Ale to wielkie! Nie spodziewaliśmy się też takiej infrastruktury! Parking, sklepy, pełno ludzi. Podziwiamy ruiny rzymskiego amfiteatru oraz Biblioteki Celsusa, gdzie archeolodzy odkryli wiele cennych manuskryptów. Mijamy liczne rzeźby i posągi, które w przeszłości zdobiły Efez. Spacer zajmuje nam dwie godziny. Można by dłużej, ale upał daje dzieciom w kość i humory są raczej mizerne.

Biblioteka Celsusa.
Teatr.
Przy kapliczce.

Po Efezie zjedliśmy obiad w Selçuku (pide, lahmacun, tahini) i podjechalimy kawałek na południe do miejsca, gdzie po wyjeździe z Jerozolimy mieszkała Maria, matka Jezusa. Apostoł Jan sprowadził Marię do Efezu, gdzie mieszkała w małym domu wśród drzew oliwnych. Miejsce to zostało odnalezione w 1891 r. przez wyprawę badawczą zorganizowaną przez księży lazarytów z Izmiru, po opublikowaniu książki niemieckiej mistyczki Anny Katarzyny Emmerich, w której podała położenie domu. Obecnie na starych fundamentach z I wieku oraz kolejnych z czwartego, zbudowana jest kapliczka, którę odwiedzają turyści i pielgrzymi.

Nocleg nad jeziorkiem.

Jedziemy na wschód, w głąb lądu. Po południu docieramy nad jeziorko koło miejscowości Güzelköy, gdzie rozbijamy obozowisko.
Za pomocą odpowiednio wygiętego i rozgrzanego kawałka drutu naprawiam urwaną dźwignię kierunkowskazów.

Fajne puste spokojne jezioro, bez wiatru, ale dużo mułu. Na przeciwległym brzegu jeziora wieś z minaretem. W nocy wyją szakale...

Stadion w Afrodyzji.

13 lipca
środa

7:30 - pobudka, słońce.
Po śniadaniu ruszamy zwiedzać Afrodyzję.
Ciekawe miasto, które powstało już w czasach greckich, a potem stało się jednym z głównych miast rzymskich w Azji Mniejszej. Udało nam się zobaczyć dobrze zachowany teatr, świątynię Afrodyty, jeden z największych stadionów rzymskich, łaźnie i bazylikę św. Jana.

Przy aucie jemy kurczakowe nuggetsy z marketu, odgrzewane na patelni i pijemy kawkę.
Ruszamy do Pamukkale. Mamy około 100 km do pokonania.

Sesja zdjęciowa w Afrodyzji.
Czasami miejsca posiłku poznajemy "od kuchni".

14:40 - W Pamukkale znajduję mały bar z tureckimi daniami. Zamawiamy pide, kebaba, naleśniki nadziewane ziemniakami, sałatkę i koniecznie czaj :)

16:00 - Ruszamy na zwiedzanie.
Super tarasy wapienne z wodą termalną. Kąpiemy się. :)
Później zwiedzamy Hierapolis na szczycie tarasów. Najciekawsze miejsce wg. mnie to nekropolia i grób św. Filipa. Poza tym jest muzeum, teatr, agora itp. Słabo zachowane poza teatrem.

Grób apostoła Filipa. W Hierapolis jest jeden z lepiej zachowanych teatrów.

Z apokryfu "Greckie dzieje apostoła Filipa" też mam fragment odnośnie Hierapolis i jego przybycia do tego miasta. Taka wężowa ciekawostka:

...Filip dotarł do miasta Ophioryme w Azji, zwanego też Hierapolis i znalazł gościnę w domu pewnego wiernego [człowieka] o imieniu Stachys. Towarzyszyli mu Bartłomiej, jeden z siedemdziesięciu uczniów Pana, Marianna, jego siostra oraz jego uczniowie. I Filip chrzcił mężczyzn, Marianna zaś kobiety. A w mieście tym panował następujący zwyczaj: wszystkie noworodki przynoszono do świątyni i kładziono przed Żmiję. Ta lizała je swoim językiem, one zaś, dzięki znakowi, [jaki pozostawiał jej język] stawały się przyjaciółmi węży. Jednak, podczas pobytu Filipa w mieście, [jego mieszkańcy] przyjmowali chrzest w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, tak że nigdy więcej nie przychodzili już do Żmii, ale przyłączali się do Apostołów. (DzFlp)

21:00 - Po zejściu z tarasów wapiennych robimy zakupy spożywcze w A.101 (popularna sieć marketów) i jedziemy na sąsiednie wzgórze na nocleg z widokiem na miasto i tarasy.

Sto metrów od nas obozują Niemcy. Przyjechali dwiema terenówkami i też mają namioty dachowe. Widać, że miejscówka cieszy sie powodzeniem.

Ruiny Hierapolis.
Wapienne tarasy.
Miejsce noclegowe z widokiem na Pamukkale.

14 lipca
czwartek

7:00 - pobudka
Ciepło i słonecznie jak zawsze. Poranna jajecznica i herbata. Robimy zakupy spożywcze w Denizli i jedziemy nad Jezioro Salda.
Cały dzień spędzamy nad jeziorem. Kąpiemy się, a wieczorem rozpalamy ognisko. Dzieci zachwycone. Woda w miarę ciepła, dużo glinki.
Wieczorem na mojej torbie grasuje solfuga! Solfugi to drapieżne pajęczaki, które potrafią szybko biegać (nawet do 15km/h).
Poznajemy Wojtka i Olgę z 2,5 letnią córeczką, którzy spędzają z nami cały wieczór. Siedzimy przy ognisku z szaszłykami i kiełbaskami.

Śniadanko.
Jezioro Salda.
Solfuga spotkana nad Saldą.
Nasza miejscówka nad Saldą.

Jeszcze nie tak dawno nad Saldę można było wjechać gdziekolwiek. Teraz wszystkie dawne wjazdy przez las są zabarykadowane zwałami ziemi i kamieni. My sforsowaliśmy jedną z takich barykad i stanęliśmy nad jeziorem w wymarzonym miejscu. Nie na długo. Po dziesięciu minutach mieliśmy na karku policję. Zostliśmy pouczeni, że tutaj nie wolno i grzecznie pojechaliśmy na jedyną dostępną plażę Doganbaba. Czyżby jednak państwo tureckie zaczęło brać się za problem śmieci zostawianych nagminnie przez swoich obywateli? Szkoda tylko, że nie u źródła, a zabraniając tego co było dotychczas największym atutem tego kraju dla podróżujących w naszym stylu.

Wśród grobowców w Pinarze.

15 lipca
piątek

Moczymy nogi w jeziorze, żegnamy się z Polakami. Jedziemy do Pinary.
Pinara to bezpłatna atrakcja, ale bardzo ciekawa. Skalne grobowce licyjskie Kaya Mezarlari wykute w stromych ścianach na wzgórzach, do których trzeba się wspinac. Jest też teatr, agora, świątynia i sarkofagi.
W Karadere zatrzymujemy się na posiłek. Super cena w Kilic pide salonu. Pide, pizza i lahmacun za 120 lir, a do tego zimny arbuz w kawałkach gratis.
Nocleg znajdujemy przy plaży Patara, na parkingu. Plaża jest znana z żółwi morskich, gdzie składają jaja i gdzie wylęgają się żółwiki.

Grobowce ciąg dalszy.
Pinara. Sarkofag.
Pinara. Okolice teatru.
Patara. Zachód Słońca wśród gniazd żółwi morskich.
Zabezpieczone gniazdo żółwicy.

16 lipca
sobota

7:10 - pobudka.
Gorąco i słonecznie. Idę z Anastazją na krótki spacer po plaży. Potem po jajecznicy idziemy wszyscy. Odkrywamy świeże ślady żółwicy, która w nocy musiała złożyć jaja.
Potem zwiedzamy starożytne miasto Patara. Jest tu teatr, ulica portowa, bazylika, brama z łukiem.
Jeszcze przed południem jedziemy w stronę Demre, miasto św. Mikołaja.
Kosciol jest nieczynny, ale udostępniony do płatnego zwiedzania. Wewnątrz znajduje się sarkofag św. Mikołaja (pusty). 

Starożytne miasto Myra zwiedzamy za darmo przez płot. Widzimy teatr i grobowce wysoko w skałach. To nam wystarcza. Nie chcemy płacić 90 lir za osobę. Jedziemy w stronę morza. Dość już ruin.

Świeże ślady żółwicy.
Figura św. Mikołaja przy kościele w Demre.
Pusty sarkofag św. Mikołaja.

W kościele pod wezwaniem świętego Mikołaja spotykamy wielu Rosjan. To ich patron narodowy. Być może niektórzy przyjechali tu prosić świętego o wstawiennictwo w powodzeniu "operacji specjalnej" na Ukrainie. Patrząc na obłudę rosyjskiego kościoła prawosławnego, wcale bym się temu nie dziwił.

Ciało biskupa Mikołaja zostało przeniesione w 1087 roku z Myry do Bari we Włoszech, aby uchronić je przed profanacją przez wojska tureckie.

Zachowane freski w kościele św. Mikołaja.
Myra.
Na plaży w Çamyuva.

17 lipca
niedziela

Wczoraj, po długich poszukiwaniach, odnaleźliśmy kawałek plaży w Çamyuva, między ośrodkami wczasowymi. My i kilkoro innych obozowiczów spaliśmy tam na dziko.
W sobotę wieczorem i dziś rano zażywamy kąpieli w ciepłym morzu. Dno jest kamieniste.

Po ósmej ruszamy do Antalyi.
Spacer po starym mieście Kaleici. Minaret Żłobkowy Yivli Minare, wieża zegarowa, muzeum etnograficzne stary turecki dom, meczet Alaadin Cami, Korkut Camii, Kesik minaret.
O godzinie 11:00 msza św. po niemiecku. Sympatyczny ksiądz. Po mszy znów stare miasto i port.

Zażywamy kąpieli.
Muzeum etnograficzne.
Na mszy św. w Antalyi.

Jemy obiad w Antalyi. Potem zakupy i wyjeżdżamy z miasta w stronę plaży. 
Znajdujemy fajną, pustą miejscówkę koło miejscowości Denizkent. Jest 42 stopnie.
Odpoczynek i nocleg na pustej plaży z ciepłą, płytką wodą. W nocy dużo krabów i innych skorupiaków. Nastka topi mój telefon w wodzie. Po dziesiątej idziemy spać. Gorąca noc.

Tak śpimy. Oprócz nas nikogo. Wyzbierałem wór śmieci i teraz można jakoś obozować.
W płytkiej wodzie roi się od krabów.
Próbuję reanimować telefon Agniesi.
Nasze obozowisko. Tą miejscówkę mogę polecić.

18 lipca
poniedziałek

Rano czyszczę i suszę rozkręcony wieczorem telefon Agnieszki. Po złożeniu okazuje się jadnak, że słona woda narobiła szkód i nie wszystko działa jak należy.

Kąpiemy się i przed południem ruszamy w kierunku Kapadocji. Czas odpocząć od upałów.

Ciąg dalszy nastąpi :) 


Jeśli uważasz, że nasze relacje są interesujące lub wniosły coś do Twojego życia, to postaw nam proszę wirtualną "małą czarną".

Postaw mi kawę na buycoffee.to


Dodaj Komentarz

1000
Wspomagane przez commentics

Komentarze (0)

Brak komentarzy, bądź pierwszy!


TO NIE KONIEC...